Sposób na lenistwo

W wieku 30 lat złapałem ospę wietrzną. I powiem Wam, że w tym wieku, to jest cholernie nieprzyjemna sprawa. A jeszcze mniej przyjemnie jest, kiedy choroba wykluwa się 1,400km od domu, w trakcie trwania ważnego kontraktu. Kiedy nie można po prostu wsiąść w samolot i wrócić, a hotelowa pralnia nie nadąża za praniem koszulek, które w nocy zalewa 40-stopniowa gorączka.

Nie życzę. Nikomu.

Ale to doświadczenie przyniosło fantastyczne rezultaty.

Mieliśmy z Anią plany świąteczno-noworoczne. Mieliśmy pojechać do jej rodziny, potem do mojej. Spotkać się ze znajomymi. Przebudować kilka części naszych stron internetowych. Zrobić porządek w chmurach. Spisać wszystkie postanowienia noworoczne. Pojechać na narty. Et cetera, et cetera…

Plany były obfite. Wróciszwszy ze swoich wojaży, ten krótki czas mieliśmy zaplanowany i wypełniony po brzegi.

Jednak życie te plany zweryfikowało. Wszystko co zrobiliśmy to przetransportowaliśmy się (OK, przyznaję – to Ania nas przetransportowała, bo ja nie miałbym siły wcisnąć sprzęgła 😉 ) w moje rodzinne strony gdzie… nie robiliśmy nic. Przez półtora tygodnia czytaliśmy książki przy kominku, ucinaliśmy sobie drzemki w dowolnych ilościach o dowolnych godzinach, układaliśmy puzzle i graliśmy w gry.

Żadnej pracy. Żadnego planowania. Żadnego myślenia.

Eat, play, sleep, repeat.

Pierwszy raz od czasu ukończenia szkoły podstawowej zacząłem się… nudzić. Po prostu. Nuda, nużyzna i całkowity brak akcji.

I to są te fantastyczne rezultaty paskudnego wirusa, który przydybał mnie z opuszczoną gardą.

Ostatnie półtora tygodnia było dla nas swoistym katharsis. Oczyszczeniem z biegu i ferworu. Odpoczynkiem od galimatiasu i werwy do pracy.

Tak jak czasem łapię się na tym, że czasem patrzę na świat przez obiektyw aparatu w telefonie – myśląc o generowaniu treści, zamiast czerpaniu przyjemności z obserwowania otaczającego mnie świata – tak tym razem złapałem się na tym, że zapomniałem czym jest nuda.

Zen

A taka nuda, moi Drodzy powoduje totalną różnicę ciśnień. Kiedy przestałem czuć, że “powinienem” coś zrobić, kiedy przewracałem się na drugi bok na kanapie, a pytanie o to która jest godzina nawet nie przemknęło mi przez myśl – osiągnąłem jakieś mikroskopijne Zen. Stan, w którym naprawdę niczego nie muszę, niczego nie powinienem, niczego nie należy/wypada/potrzeba.

Co teraz? Nadszedł nowy rok i ten odpoczynek dał mi dystans. Bo – ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu – świat się nie zawalił, mimo tego, że nie odbierałem telefonów i nie sprawdzałem maili. Wszystkie kontakty i kontrakty utrzymują się w mocy. Nie zmieniło się absolutnie nic, poza moim nastawieniem do bieżącego roku.

Mam teraz o wiele więcej werwy do pracy, bo silnik, który pracował na wysokich obrotach został wyłączony. I nie było to wyłączenie jak system start-stop na światłach. To było regularne odstawienie na tydzień do warsztatu.

I skoro jesteśmy jeszcze w atmosferze noworocznej – życzę Wam takich właśnie resetów, ale już bez przeżywania ospy wietrznej ani jakichkolwiek innych paskudztw!

Uważaj!

Nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się nowy tekst na tym blogu. Jeśli nie chcesz, aby Cię ominął - zostaw maila, dam Ci znać :)

2 comments

  1. Znajomi z pracy spędzili nieplanowane święta w domu, rezygnując z dalekiego wyjazdu. Chwalili sobie ten czas. A wszystko dlatego, że 23 grudnia ich syn złapał …. ospę 🙂

    A Ty Ludwiku zaliczyłeś sobie niespodziewaną lekcję, że nuda i reset i nicnierobienie aka nierobienie niczego z kategorii produktywnych/am,bitnych mogą być wartościowe 🙂

    Czasem trzeba naładować baterie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*
*