Sorry, not this time.

Rozpocząłem już proces rehabilitacji, wpłaciłem zaliczkę na nowy motocykl, więc myślę, że przyszedł czas napisać, co się tak naprawdę wydarzyło. Na moim Facebooku czy Twitterze, pisałem ostatnio, że nie czuję się najlepiej i że doskwierają mi jakieś-tam różne dolegliwości.

Pisałem też, że mam fenomenalnych przyjaciół, którzy w chwili potrzeby – szczególnie, kiedy przez kilka tygodni miałem dostępną tylko jedną rękę – pomagali mi ogarnąć wszystkie tematy, z którymi bez ich pomocy na pewno bym sobie tak łatwo nie poradził, a konsekwencje minionych wydarzeń byłyby jeszcze większe.

Otóż, zacznę od zacytowania postu, który w dwa dni po wypadku, próbując zabić czas spędzony w szpitalu, wyklikałem na telefonie i wrzuciłem na mój profil w Google+ (kliknij „czytaj dalej”)



Co mogę dodać ponad ten opis?

Cóż, na pewno tyle, że zrastający się obojczyk jest wyjątkowo bolesny 🙂 Na pewno tyle, że w infoliniach ubezpieczyciela sprawcy wypadku pracują bardzo kompetentni ludzie, a rzeczoznawcy oceniający poniesione straty są szalenie sympatyczni. Zobaczymy jak poza tymi dwiema charakterystykami sprawdzi się sam Ubezpieczyciel, kiedy przyjdzie do wyrównania rachunków.

No i na pewno tyle, że naprawdę warto inwestować w ochraniacze klasy super-premium. Wszystko co miałem na sobie, zostało niemal doszczętnie zniszczone, ale ja wyszedłem bez większych uszkodzeń. Bo jestem naprawdę przekonany, że w porównaniu z tym jak „powinien był” się zakończyć wypadek tego rodzaju, a tym jak rzeczywiście się zakończył – niemal nic mi się nie stało.

Pomijam nadal fakt, że należy zwrócić szczególną uwagę na sprawność ekipy ratunkowej, która została wezwana na miejsce zdarzenia niemal natychmiast po tym, jak przestałem sunąć po asfalcie.

(Fun fact: pierwszy człowiek, z którym złapałem kontakt wzrokowy – starszy rolnik/gospodarz w gumofilcach i flanelowej, zapiętej po ostatni guzik koszuli, nie zapominająć o typowym dla tego zestawu kaszkiecie –  którego poprosiłem o wezwanie karetki, wyciągnął z kieszeni swoją Nokię 3310 (for real!), zerknął na jej ekran i odparł: „Eeeee, ja to mam mało na koncie, może tamta pani zadzwoni.”. Moją wewnętrzną reakcję p.t. Are you fucking kidding me??? można chyba było odczytać z daleka, bo wspomniana przez gospodarza pani, natychmiast sięgnęła po swój telefon. I chyba miała wystarczająco dużo środków na koncie, żeby wykonać połączenie alarmowe, bo zaczęła rozmawiać z operatorem.)

Kiedy już owa ekipa ratunkowa zjawiła się na miejscu – po, bagatela, 30 minutach – ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich obecnych na miejscu wypadku (no może, poza jego sprawcą, który na poboczu odpalał papierosa od papierosa i nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego całą sytuacją), bo 3 najbliższe szpitale są odległe od miejsca zdarzenia o dosłownie kilometrów, rozpoczęto proces profesjonalnego, wyraźnie wielokrotnie ćwiczonego zdjęcia mi kasku.

Pytanie za 100 pkt: w jaki sposób ratownik medyczny zdejmuje kask motocykliście? 

Otóż z autopsji dowiedziałem się, że wcale nie tak, jak uczył mnie Tomek Kulik. Pracownicy oddziału ratunkowego, mają metodę zgoła inną i zupełnie innowacyjną. Otóż poszkodowanemu w wypadku, leżącemu na asfalcie, należy przygiąć głowę do klatki piersiowej, aby kark osiągnął kąt pełnych 90o, i zdjąć kask dopiero kiedy będzie znajdował się prostopadle do nawierzchni drogi.

Z całej tej sytuacji najbardziej rozbawił mnie lekarz dyżurny na SORze, który po tym jak zobaczył mnie przywiezionego na noszach do szpitala, tuż po wyjściu ratowników, dość wyraźnie zaznaczył swoją dezaprobatę dla ich działania, publicznie i głośno pytając:

„Co za kurwa debil zakładał panu ten kołnierz?! Przecież on jest kurwa do góry nogami!!!”

Właśnie dlatego należy mieć na sobie taką ochronę, która pozwoli przeżyć nie tylko wypadek, ale również interwencję ratowników. 🙂

A tak poza tym, to mój nowy motocykl już się produkuje, a ja nie mogę się doczekać otwarcia kolejnego sezonu. Do tego czasu muszę tylko popracować nad moim barkiem tak, żeby przestał sam z siebie wypadać, bo to bywa trochę frustrujące – szczególnie, kiedy niesie się przed sobą filiżankę gorącej herbaty…