Nigdy w życiu nie pracowałem na etacie. Raz jeden pracowałem w warunkach, które nosiły znamiona etatu, ale o tym już pisałem. Było, minęło, wyciągnąłem wnioski i pewnie więcej nie dam się namówić. Ale fakt pozostaje faktem – nie pracując nigdy na etacie nie byłem też nigdy na „urlopie”.

Pisząc ten tekst zastanawiam się czy jestem w stanie z czystym sumieniem napisać, że większość moich znajomych nie pracuje na etatach. I chyba nie mogę. Przede wszystkim dlatego, że niektóre etaty wcale nie są tak strasznie etatowe. Z drugiej strony przytłaczająca większość moich znajomych jest przedsiębiorcza, a to przyćmiewa ich etatową pracę.

Niemniej jednak, to co zauważam u tych znajomych, którzy są przesiąknięci etatowością, nie mają w sobie ducha przedsiębiorczości (bo nie każdy mieć musi), żyją… urlopem.

Urlop

Praca to praca. „Odbijanie karty na zakładzie”, czy jak mawiają amerykanie „clock-in and clock-out”. Ale urlop trzeba przewidzieć, zaplanować, ułożyć. Jest ekscytacja. Są marzenia. Są oczekiwania. I troszkę strachu, czy przełożony podpisze wniosek urlopowy.

Nie oceniam takiego podejścia do życia negatywnie. Wręcz przeciwnie, trochę… zazdroszczę. Przy okazji mojego wymuszonego odpoczynku od pracy  zdałem sobie sprawę, że pracując jako człowiek do wynajęcia, jestem sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. OK, nie jest to szczególnie świeży wniosek. Taki stan rzeczy to jest naturalne środowisko każdego przedsiębiorcy i nikt tego nie kwestionuje.

Praca

Ale czy to jest zdrowe podejście? Praca na różnych – często bardzo wysokich, czasem nieco niższych – obrotach ma swoje plusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów. A minus jest taki, że jako przedsiębiorcy czasem zapominamy o utrzymaniu właściwego balansu.

Zaplanowania wakacji z wyprzedzeniem i cieszeniu się na myśl o nich. Planowaniu dokładnie tak, jak to robiliśmy w szkole. Jak cudownie było pomyśleć, że jeszcze tylko n miesięcy i wakacje – znów będą wakacje! To jest coś, czego mi zdecydowanie brakuje.

Challenge extended

Dawno temu Alex ciekawie opisał to na swoim blogu w tekście „Żyjesz jak miejski autobus czy jak samochód rajdowy”. Wnioski z tych moich refleksji są takie, że ta część moich znajomych przedsiębiorców i freelancerów – ze mną na czele – próbuje być trochę jak moja Daytona. A moją Daytoną jadę na spotkanie z klientem, a potem ścigam się na torze. Sęk w tym, że ona ma potem całą zimę odpoczynku i stoi w ciepłym salonie, gdzie regeneruje swoje siły, a nam się wydaje, że możemy tak 24/7/365.

Może i możemy. Tylko w jakim celu?

Challenge accepted

Dlatego oprócz systematyczności, którą obiecałem sobie na początku tego roku, rzucam i podejmuję wyzwanie, które roboczo nazwałem Weekend w środku tygodnia i już od przyszłego miesiąca wprowadzam żelazną zasadę odcinania się od pracy na kilka dni. Najlepiej gdzieś za miastem, z dala od otaczającej nas codzienności.

Jak pomyślałem, tak zrobię, więc jutro biegnę do konsulatu Federacji Rosyjskiej po wizę. Cześć! 🙂