Zgubiłem klucze. Wiem nawet kiedy. W zeszłym tygodniu chciałem wesprzeć Krzyśka Kotkowicza w jego batalii z prężnie i sprawnie działającym wymiarem sprawiedliwości. Rozprawa nie była długo, więc skoczyliśmy jeszcze na pobliski SWPS do kawiarni Psyche (prowadzonej zresztą przez Konrada Maja, który ma naprawdę fajne publikacje o relacjach – polecam np. to video o psychologii randki).

Long story short – gdzieś te cholerne klucze posiałem. Zorientowawszy się dopiero w domu, zadzwoniłem do kawiarni, na uczelnie, nawet do siłowni (w której kręcono Warsaw Shore, a która mieści się na przeciwko SWPS). Dzwoniłem Próbowałem dodzwonić się też do Sądu Rejonowego dla miasta Warszawy, ale odstraszył mnie głos w słuchawce, kompetentnie informujący mnie, że

Jesteś trzydziesty. siódmy. w kolejce. Przewidywany czas oczekwiania to. dwie. godziny. i. trzydzieści. minut.

No trudno. Ambaras z kluczami jest taki, że mamy w mieszkaniu jakiś super-hiper-mega zamek, do którego trzeba mieć specjalne karty i umowy, żeby zrobić kopię klucza w serwisie. A te ma właścicielka mieszkania, które wynajmujemy. Kolejne dwa klucze są kluczami systemowymi, więc po kopię tych musiałbym się zgłosić do spółdzielni mieszkaniowej.

Po kilku dniach na wejściu do naszej klatki schodowej zawisła informacja, że „znaleziono klucze, informacja na ochronie”. Poszedłem – moje klucze! Tylko łobuz-znalazca zajumał sobie uczelniany brelok. Tylko, że nie zajumał. Bo klucze systemowe wszyscy mieszkańcy osiedla mają takie same, a właściciel zgubionych kluczy po prostu ma taki sam zamek. Słowem – universum zagrało sobie ze mnie na nosie.

Przyjąłem więc, że mówi się trudno nic więcej przecież nie zdziałam. Muszę rozpocząć złożony proces tworzenia kopii.

Stało się inaczej

Wszystko działo się tydzień temu. We wtorek. Dziwnym trafem, wydarzyło się tak, że dziś znów kręciłem się po warszawskiej Pradze. Podrzuciwszy Anię na szkolenie mijałem Sąd. Do recepcji/stanowiska ochrony jest się łatwiej dostać niż dodzwonić na centralę, więc postanowiłem zajrzeć.

– Dzień dobry, w zeszły wtorek odwiedzałem gmach Sądu i zgubiłem klucze. 
– A jak wyglądały te klucze? 
– 3 sztuki, z breloczkiem Oxfordu. 
– Uuuu…. 
– Ale co „uuu”? 
– Musi pan dymać…
– Słucham?! 
– No po pół litra do Biedronki, inaczej nie wydamy… 
– Ale są, naprawdę?! – tu byłem naprawdę zaskoczony, bo przecież już pogodziłem się z ambarasem ich dorabiania.
– No są, Pan sobie zobaczy. 
– Wow, nie wierzę – super, bardzo dziękuję! Nawet nie wiedzą Panowie jak małżonka się ucieszy!
– Ooo, jak małżonka ma się ucieszyć, to 0.7 bo my też chcemy się cieszyć!

OK, możesz się teraz zastanawiać: co ta cała historia ma wspólnego z rozwojem osobistym, albo chociaż technologią?

Może niewiele. A może całkiem sporo, bo mnie skłoniła do zastanowienia się nad naszą słowiańską mentalnością. Słowiańską, bo przemierzając świat z Zachodu na Wschód otwieramy pewien trend.

Clou tej historii

W naszym społeczeństwie nie ma jest mało miejsca na wdzięczność i dobre słowo. Na zrobienie czegoś dla drugiego człowieka, żeby sprawić mu przyjemność. Na wyświadczenie przysługi dla podniesienia komfortu życia naszego społeczeństwa.

Nie zrozum mnie źle. Nie mówię, że ludzie są niewdzięczni. Chodzi mi bardziej o to, że nie jesteśmy – patrząc społecznie – bezinteresowni. Doskonałym przykładem tego jest pewna moja znajoma, która jest całkiem niezłym kierowcą. Często też ustępuje miejsca innym użytkownikom drogi – np. kiedy próbują włączyć się do ruchu. Co jest ciekawe – za każdym razem, kiedy wpuści innego kierowcę przed siebie oczekuje podziękowania. Machnięcia ręką bądź mrugnięcia kierunkowskazami. I jeśli to się nie wydarzy, zawsze padają utarte słowa „A jakieś dziękuję to gdzie, co?!”.

Przyznaję, że w pewnym momencie przejąłem od niej ten schemat postępowania. Nadal – jak dotąd – starałem się aby w miarę możliwości zawsze pomóc innym kierowcom. Zacząłem do tego jednak obserwować czy otrzymam podziękowanie. I jeśli to się nie wydarzyło – czułem się… oszukany. I kiedy moja małżonka zwróciła na to moją uwagę, zacząłem o tym myśleć. Przed sobą samym zacząłem dywagować, czy tego rodzaju uprzejmość jest szczera. Bo można przecież uznać, że to nie jest uprzejmość per se, ale transakcja, w której umożliwienie włączenia się do ruchu jest usługą, za którą trzeba otrzymać należyte wynagrodzenie w postaci gestu podziękowania.

I dopiero kiedy to przemyślałem, poukładałem w ten właśnie sposób, wtedy w mojej głowie zapaliła się lampka i rzuciła trochę światła na tę sytuację. Poczułem się wolny. Zrozumiałem, że uprzejmość nie musi nas niczego kosztować. Uprzejmość jest wtedy uprzejmością, kiedy nie oczekujemy niczego w zamian.

A my społecznie oczekujemy tego podziękowania. Mrugnięcia światłami za wpuszczenie do ruchu albo flaszki za znalezienie kluczy. A można zupełnie inaczej. Tak, że bilans wychodzi zawsze na plus i to dla obu stron.

I nie komentuję tutaj tego czy „musiałem” dać pracownikom ochrony tę flaszkę. Czy wydaliby mi te klucze (będące przecież moją własnością) bez flaszki czy nie. Czy za radość małżonki należy się dodatkowe 0.2l czy nie. Czy utrwalam tego rodzaju postępowanie czy nie. Nie ma to większego znaczenia – mam swoje klucze z moim uczelnianym brelokiem i jestem happy. Ot, taki ze mnie wariat 🙂

 

P.S. Ten tekst nie jest sponsorowany przez markę Sobieski. Po prostu taka flaszka stała najbliżej kasy w Bierdronce vis-à-vis Sądu 🙂