Minimalizm może mieć różne oblicza. Można zmieścić wszystko w jednym plecaku (jak kiedyś Mirek czy Orest) – mieć 3 koszulki, 2 pary skarpetek, 1 parę spodni i koniec. Taka pełna asceza i purytanizm.

Niestety, to jest właśnie minimalizm, który istnieje w naszej powszechnej świadomości. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że do mediów przebijają się głównie jednostki ekstremalne, które budzą najwięcej emocji.

A tymczasem mamy też minimalizm codzienny. Taki, który nie ogranicza, a uwalnia.

Spontaniczna wycieczka

Chyba najłatwiej zilustrować to przykłem niespodziewanej wycieczki – spontanicznego wypadu za miasto. Z wycieczkami z reguły bywa tak, że mamy dwie opcje: albo bierzemy ze sobą portfel plus butelkę wody i jesteśmy gotowi do wyjścia, albo próbujemy przygotować się na każdą ewentualność. W tym drugim przypadku, na popołudniowy wyjazd będzie nam potrzebne nieco więcej rzeczy. Jeśli gdzieś w pobliżu jest woda, to na pewno strój kąpielowy, ręczniki, krem do opalania, klapki i lodówka turystyczna. Jeśli niedaleko są też ładne lasy, to wtedy koniecznie buty trekkingowe, wysokie skarpetki, spray na komary i kleszcze, śpiwór i namiot, w razie jakby nie dało się wrócić do domu, no a wtedy to jeszcze zestaw przetrwania, latarki, podręczna butla gazowa, kuchenka, jakiś prowiant na kolację, potem jeszcze śniadanie, no i do tego… widzisz dokąd zmierzam.

A ja? Ja nie pakuję się tak dokładnie. W każdych butach mogę przejść się po lesie, jakiś spray na komary znajdę w samochodzie z poprzedniej wycieczki albo skorzystam z uprzejmości mijanego turysty. Butelkę wody mam, więc nawet gdybym zgłodniał – nic mi się nie stanie. Wykąpać mogę się nago, a w odpowiednich warunkach i towarzystwie wyschnąć nago to też nie problem.

Mogę realnie skorzystać z takiej kompletnie niezaplanowanej wycieczki, zaszaleć, nawet jeśli miałbym mieć jakiś mały odcisk na lewej stopie. Nie musi być perfekcyjnie, idealnie i tak wygodnie, jak to tylko możliwe. Ma być… fajnie. Od tego są takie spontaniczne akcje, żeby było co wspominać.

Od kilku lat nie czekam na bagaż

Ten przykład trochę przypomina mi wyjazdy na tournee koncertowe z moimi rodzicami 10-15 lat temu, kiedy śpiewałem jako baryton w Chórze mojego Taty. Wyjeżdżaliśmy w podróż z jakimś małym zapasem miejsca w walizkach, ale wracaliśmy objuczeni po przysłowiową kokardkę. Bo prezenty dla mojej młodszej siostry, dla dziadków, pamiątki, instrumenty, ubrania, których nie było w Polsce.

OK, to były inne czasy. Ja nie podróżuję mało, moje wyjazdy z reguły trwają z reguły 5-6 dni i nie zdarza mi się czekać na bagaż. Wszystko mieści się w podręcznym, który mam ze sobą. Ba, nawet w podróż poślubną polecieliśmy z dwiema małymi walizkami!

A na co dzień?

Na co dzień, minimalizm to dla mnie oszczędność przede wszystkim czasu. Czasu spędzanego na

  • myśleniu o tym czego „bardzo potrzebuję”
  • kupowaniu tego wszystkiego (od chodzenia po sklepach, przez przeglądanie Allegro, a na scrollowaniu Aliexpress kończąc)
  • składowaniu i utrzymywaniu porządku wśród tego natłoku rzeczy
  • znajdowaniu sposobów na możliwie efektywne spakowanie tego do samochodu
  • denerwowaniu się na poczucie, że miałem wybrać się na przyjemną wycieczkę, a czuję się jak objuczony muł

I nie dotyczy to tylko podróży. W codziennym życiu staram się ograniczać ilość posiadanych rzeczy – ubrań, sprzętów, narzędzi. Są oczywiście wyjątki, które nie podlegają szczególnym restrykcjom. Z fizycznych przedmiotów są to dla mnie książki i butelki pełne whisky (chociaż te drugie, przy okazji ostatniej przeprowadzki, udało mi się trochę odchudzić, z nieocenioną pomocą grupy przyjaciół).

Są też dane wirtualne. Tutaj – bez bicia – uderzam się w pierś. Przez dużą dostępność i niewielkie koszty chmury publicznej, nie potrafię kasować rzeczy, które mam na dysku. Wrzucam je w chmurę i tam się kurzą. A do niektórych katalogów nie zaglądałem już od baaaardzo dawna.

W życiu trzeba sobie odpowiedzieć na 2 zaje***cie,
ale to zaje***cie ważne pytania

Parafrazując w ten sposób Laskę, można natychmiast rozwiązać wszelkie problemy z ograniczaniem liczby rzeczy, którymi się otaczamy. Oczywiście, wszystko co posiadamy miało kiedyś jakieś zastosowanie. A już z całą pewnością jeszcze kiedyś może się do czegoś przydać, prawda?

Stając przed takim dylematem odpowiadam sobie na dwa pytania.

  1. Czy [przedmiot] spełnia obecnie jakąś funkcję / jest mi przydatny?
  2. Czy [przedmiot] daje mi radość?

I… i to wystarczy. Jeśli coś jest użyteczne – zostaje. Jeśli jest bezużyteczne – czy sprawia mi radość? Tak – zostaje. Nie – znajduję tej rzeczy nowy dom.

Nowy dom

Zdaję sobie sprawę, że czasem jest trudno wyrzucić do kosza rzeczy, które np. nie są zużyte albo po prostu bardzo dobrze działają. Dlatego mam wrażenie, że łatwiej jest przetrawić proces pozbywania się rzeczy przekazując je komuś, kto będzie potrafił odpowiedzieć twierdząco na jedno z powyższych pytań.

W ten sposób nie tylko zdobywamy więcej przestrzeni dla siebie, ale dajemy radość innym. Dla mnie bomba.

 

P.S.
Zdjęcie damskiej bielizny z nagłówka tego tekstu idealnie ilustruje rzecz, która przyświeca tej konwencji minimalizmu. Spełnia funkcję? Spełnia. Daje radość? You bet! 🙂