Prowadzę ten blog od prawie 11 lat. Bardzo, bardzo niesystematycznie. I nie wiem co się wydarzyło, co było kluczowym impulsem do zmiany. W jakiejś części z pewnościa zainspirował mnie do tego Gutek, który zaprojektował sobie takie „wyzwanie”. Mnie z kolei „jakoś tak wyszło”. Zacząłem pisać codziennie.

Gdyby ktoś zapytał mnie 24, 12 czy nawet 2 miesiące temu czy mogę zacząć pisać teksty w takim tempie, aby codziennie móc z czystym sumieniem opublikować treść liczącą sobie od 300 do 1400 słów, popatrzyłbym na niego czule i z całą serdecznością zalecił puknięcie się pusty łeb, za samo zadnie pytania. Bo to przecież niemożliwe.

A jednak.

Kalendarium, które znajdziesz na samym dole tej strony

Od 1 stycznia do dziś opublikowałem 30 nowych tekstów. Ten jest 31. Sortując je tematycznie znalazły się tam:

Co dało mi codzienne blogowanie?

Przede wszystkim – teraz mam poczucie challenge completed. Nie miałem pojęcia, że to możliwe i osiągalne. Ale zanim to osiągnąłem, w procesie pojawiło się kilka zmiennych, których nie brałem wcześniej pod uwagę.

Plan dnia

W żaden sposób nie dostosowywałem swojego planu dnia pod blogowanie. Niemniej jednak, totalnie zmienił się mój rytm dobowy. Nie wstaję wcześnie. Wstaję codziennie między 09:27, o9:30 – bez budzika. Kładę się  za to spać  gdzieś między 03:15 a 05:20. Koło 02:00 wychodzę z Diabłem na nocny spacer (kupiłem mu 50-metrową smycz, dzięki której biega sobie do woli po Woli 🙂 )

Najbardziej produktywnym czasem w ciągu doby są dla mnie godziny między 22:00 a tym spacerem z Diabłem. Wypijam 1 kawę dziennie – rano – do śniadania, czyli ~11:00. W normalnym trybie potrzebowałem od 7 do 8,5h snu, aby normalnie funkcjonować. Przy wstawaniu o 5:00 wiązało się to z pójściem do łóżka już przed 21:00, co dość drastycznie wypływało na życie towarzyskie. Teraz wystarczają mi 4 do 6 godzin i mogę funkcjonować nieprzerwanie przez cały dzień – nawet bez drzemki.

Medytacja

Medytuję codziennie. A nawet conocnie. To jest temat, który chcę poprawić w lutym, bo mimo tego, że nie jest to proces bardzo czasochłonny, dziwnym trafem działa to tak, że medytuję poniekąd „w nagrodę” po opublikowaniu nowego tekstu. Medytacja późno w nocy ma potężną zaletę – wiem, że mogę jej się oddać w pełni, bo nie mam totalnie żadych myśli, że „dzisiaj muszę jeszcze…„. Plus, takie wyciszenie sprawia, że odpływam w objęcia Morfeusza kiedy tylko wyjmę słuchawki z uszu. Z drugiej strony, medytacja w ciągu dnia pozwala na złapanie oddechu, dystansu i czepranie z tego poczucia przez resztę dnia. A jednak naprawdę rzadko znajdowałem czas na medytowanie za dnia.

Statystyki

Jeden miesiąc to zdecydowanie za mało, aby mieć coś sensownego do powiedzenia. Więc zostawię tylko ilustrację, na której dość wyraźnie widać, że w grudniu pojawił się raptem jeden tekst oraz kiedy naprzemiennie publikowałem informację o nowej treści na Facebooku, a kiedy nie. Jeszcze nie pora na zostawianie bloga samemu sobie.

Nie mogę powiedzieć ile czasu spędziłem na blogowaniu. Nigdy nie byłem dobry w skrupulatnym jego mierzeniu. Na kształt tego co zrobili u siebie wspomniany wyżej Kuba Gutkowski czy Maciek Aniserowicz zainstalowałem nawet Toggl, aby przypominał mi o tym zadaniu.
Nieskutecznie 🙂

Przemeblowanie

Zmieniłem układ siadlak.com ze strony firmowej na regularny blog. Muszę jeszcze wyczyścić sporo rzeczy, strony o coachingu i moich szkoleniach, ale na to przyjdzie pora. W lutym.

Będę tęsknił

Codzienne pisanie jest fajne. Nie mówię, że nie będę pisał codziennie, ale nie będę codziennie publikował napisanych treści. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jest ich w ten sposób za dużo. Wątpię czy ktoś poza moją małżonką (której ten blog zawdzięcza sporo dodatkowych przecinków) i moją siostrą (która znajduje urwane przez wyjście z Diabłem myśli) przeczytał wszystko co napisałem przez ten miesiąc. (Ale jeśli się mylę i tak jest – koniecznie do mnie napisz, stawiam Ci dużą, mocną kawę!)

Plan na luty

Nie będę publikował codziennie, ale z pewnością systematycznie – to przecież w końcu moje jedyne postanowienie noworoczne!

Wstępnie, plan mam taki:

  • Poniedziałek:
    Monday Speedlinking oraz – w tym samym przecież duchu – nowy tekst o produktywności, efektywności i skutecznym osiąganiu założonych celów. Tak, aby móc zacząć tydzień z nowym pomysłem na to jak pracować wydajniej i przyjemniej.
  • Środa:
    Nowy materiał o Evernote – w formie tekstowej lub screencastowej, bo mam wrażenie, że ta druga lepiej się przyjmie. Na pewno lepiej niż gadająca głowa.
  • Piątek:
    Nowy materiał z pogranicza technologii, która ułatwia mi życie albo jakichś losowych, nieplanowanych przygód (które nomen omen też często mają coś wspólnego z technologią). Tu nie mam jeszcze pewności, ale jestem przekonany, że z czasem się to wyklaruje.

Zastanawiam się nad podcastem, ale na razie z pewnością nie wystartuję vloga. Od czasu kiedy wróciłem w listopadzie z Belgii, gdzie przez tydzień miałem ze sobą aparat Ani, nadal nie znalazłem w sobie energii, żeby przysiąść do obróbki nagranych tam materiałów. Video to chyba jednak nie moja bajka. Audio – już bardziej.

A tak na koniec, gdzieś z dna lewej komory – dziękuję, że czytasz. Nie jesteś dla mnie niebieskim punkcikiem na wykresie Google Analytics – mam pewien avatar tego, co Cię interesuje i czym się kierujesz odwiedzając ten blog. Chciałbym Cię lepiej poznać, dowiedzieć się co robić lepiej, aby to miejsce spełniało jeszcze lepiej Twoje oczekiwania. Było impulsem i motywacją do zmiany dynamiki tego co się dzieje w Twoim życiu i okolicach.

Dzięki i… do jutra! (W końcu środa, c’nie? 🙂 )