Klienci, z którymi pracuję, co jakiś czas pytają mnie o medytację. Przede wszystkim dlatego, że przyłapują mnie na niej. A to z kolei dlatego, że medytuję codziennie.

Z reguły rano, tuż po przebudzeniu, aby pozytywnie dostroić się do czekającego mnie dnia. Potem wieczoem, tuż przed pójściem spać, aby pozytywnie podsumować i zakończyć dzień wyciszając umysł przed snem. W międzyczasie też w środku dnia, w jednej z przerw w okolichach lunchu. Po to, by pozytywnie odciąć się od ferworu pracy. I tu właśnie przyłapują mnie wracający z obiadu Klienci.

Medytacja to odpoczynek

Jeśli pomyślisz sobie o swoim ciele, którym operujesz przez cały dzień, często na dość wysokich obrotach, to już sama myśl o położeniu się do własnego, wygodnego łóżka może napawać się pewną dawką relaksu. A kiedy fizycznie się w nim znajdziesz na koniec dnia, to już w ogóle – bajka.

Fajnie byłoby, gdyby umysł również odpoczywał w czasie, kiedy przechodzisz w tryb stand-by na te 7 czy 8 godzin. Niestety, umysł nie ma tak lekko. On śni, on cały czas działa. Bez wytchnienia.

A medytacja jest właśnie takim wytchnieniem. Kilkoma minutami odpoczynku, które pozwalają odnaleźć spokój i przestrzeń (o tej drugiej za chwilę). Zrelaksować się i odsunąć od ciągłego myślenia o wszystkim.

Jak na zasłużonych wakacjach. Takie „po prostu usiąść i nic nie robić” dla umysłu.

Medytacja to przestrzeń

Przykładów, które bardzo prawdziwie pokazują dlaczego medytacja jest ważna, jest bez liku. Przytoczę tutaj dwa, pierwsze z brzegu. Jeden jest fizycznie namacalny, drugi bardziej metaforyczny.

Zacznijmy od pierwszego. Każdy człowiek rozpoczynający przygodę z fitnessem czy siłownią dowiaduje się, że nie można ćwiczyć codziennie po kilka godzin, bo mięśnie budują się nie w trakcie samego ćwiczenia, a w trakcie odpoczynku. To właśnie te dni pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami pozwalają im rozwijać się i rosnąć. Dokładnie tak samo jest z medytacją. Myśląc i analizując wszystko dookoła przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ciężko jest znaleźć przestrzeń na rozwój.

Drugi przykład usłyszałem pierwszy raz dawno temu i już kompletnie nie potrafię odtworzyć gdzie i od kogo, ale na pewno zapadł mi głęboko w pamięć. Mówi o człowieku, który przeczytał wszystkie ksiażki i poradniki, ale nadal nie potrafił medytować. Dlatego poszedł do azjatyckiego mistrza medytacji z prośbą, by ten go uczył.  Mistrz zapytał go czy ma ochotę napić się herbaty. Człowiek odparł, że owszem. Mistrz zaczął nalewać herbatę do filiżanki. Filiżanka szybko wypełniła się płynem, ale mistrz nie przestał jej nalewać. Herbata przelewała się przez filiżankę i zaczęła rozlewać się na ziemię.
Człowiek powiedział do Mistrza:
– Dlaczego nie przestaniesz nalewać herbaty? Przecież filiżanka jest już pełna i więcej się nie zmieści!
Mistrz odparł:
– Aby nauczyć się czegoś nowego, musisz mieć do tego wolną przestrzeń w głowie, która jest niczym ta filiżanka – jeśli przychodzisz do mnie z pełną filiżanką, to choćbym się bardzo starał – rzeczywiście, nie zmieści się w niej nic więcej.

Jeśli Twoja metarforyczna filiżanka jest wypełniona po brzegi herbatą, a głowa kipi od myśli, to nigdzie nie ma przestrzeni na coś nowego, nieznanego i niespodziewanego.

To co daje mi medytacja, to po prostu codzienny łyk herbaty, dzięki któremu zyskuję nieco przestrzeni i mogę swobodnie spacerować przez dzień bez obawy, że coś rozleję.