Są różne rozrywki. Są rozrywki takie, które pozwalają się pośmiać do rozpuku i bólu mięśni brzucha i są takie, które wywołują tylko grymas uśmiechu.

Są też grzeszne rozrywki, które bawią mimo swojej prostoty i przewidywalności. Jak tort, który ląduje na twarzy Benny Hilla.

Dokładnie takiego rodzaju rozrywką jest spektakl „Jak na wulkanie” Robina Hawdona.

Impresariat tak wprowadza widza w miejsce akcji:

Staroświecki, zaciszny hotelik nieopodal Londynu w uroczym tradycyjnym prowansalskim stylu.. Jeszcze pełen uroku, choć już widocznie dotknięty zębem czasu…

Staroświecki, pocieszny właściciel hoteliku w uroczym tradycyjnym prowansalskim stylu. Już bez uroku i jeszcze bardziej widocznie dotknięty zębem czasu…Przyjazna obsługa mówiąca tylko po francusku…upsss, i żona właściciela hoteliku serwująca wyśmienite tradycyjne prowansalskie potrawy nie dotknięte jeszcze, na szczęście, zębem czasu.

Czyż może istnieć bardziej odpowiedni anturaż do spędzenia spokojnego, aczkolwiek namiętnego, weekendu dla małżonków zmęczonych sukcesami filmowymi w Hollywood i na londyńskich scenach? Dwójka celebrytów ze sporym małżeńskim stażem, szukająca w tym uroczym zakątku spokoju od paparazzich i nowych miłosnych uniesień…Jak słodko, jak sielankowo i rozkosznie…

jak-na-wulkanie_02.2015_07
Innymi słowy, mamy parę małżonków (Mirosław Baka, Magdalena Wójcik), która ma siebie serdecznie dosyć i pod przykrywką wypełniania obowiązków zawodowych opuszcza dom, aby do rzeczonego hoteliku przywieźć swojego kochanka. Niestety, oboje wpadają na ten sam pomysł w tym samym czasie.

Ku wielkiemu zatroskaniu totalnie zdezorientowanego właściciela hotelu (Jan Jankowski), darzącego owe małżeństwo wielką sympatią.

I tutaj zaczyna się komedia omyłek, której głównym celem jest uniknięcie konfrontacji małżonków.

Pięknie odegrane role rosyjskiego satrapy (Przemysław Sadowski) i samego właściciela hotelu, obok trochę nazbyt przejaskrawionego lokaja (Robert Rozmus) w finale dają prostą i łatwą rozrywkę na jeden wieczór. I to jeden wieczór zamknięty w murach teatru, bo nawet podczas pospektaklowej kolacji z przyjaciółmi można tylko podsumować całość sympatycznym uśmiechem. Spektakl nie pozostawia wszak żadnych wątpliwości ani niedopowiedzeń – wszystko jest wyłożone dosłownie i tak wyczerpująco, że w pewnej chwili zacząłem się zastanawiać, czy podczas przerwy nie będą wyświetlane reklamy rodem z telewizji Polsat.

Dlatego bardziej, niż „spektakl przeznaczony dla widzów powyżej 15 roku życia” polecałbym go (po wycięciu 2-3 krótkich dialogów) jako obowiązkową wycieczkę ze szkoły podstawowej, jeśli chce się pokazać dzieciom, że teatr to nie jest stereotypowa „nuda, nużyzna i całkowity brak akcji”, tylko rzecz łatwa, lekka i przyjemna.