Brałem ostatnio udział w misternie zaplanowanej akcji zorganizowania niespodziewanej, urodzinowej imprezy jednego z moich motocyklowych przyjaciół.

Background tej historii nie ma większego znaczenia, poza faktem, że kilka osób na tym przyjęciu miało sporo popularnych powodów do narzekania – wycieńczające życie korporacyjnego trybika, sytuacja ekonomiczna w kraju, sytuacja ekonomiczna prywatnie, i tym podobne. Słowem – standard.

Ja sam, ze swoim podejściem do życia, generalnie nie biorę udziału w tych dyskusjach, bo po pierwsze mam wrażenie, że nie jestem wystarczająco kompetentny, żeby móc coś wnieść do takiej dyskusji, a po drugie jeśli już do tejże dyskusji mógłbym coś wnieść, to owa dyskusja nie spowoduje żadnej realnej zmiany bieżącego stanu rzeczy.

To co mnie w jakiś sposób dotknęło, pozytywnie, to pewna dezaprobata mojej przyjaciółki – z resztą, jednej z głównych bohaterek tego tekstu. Otóż po całym tym spotkaniu, rozwoziłem towarzystwo do domów, kiedy Ryba zapytała co u mnie słychać, poza powypadkową rehabilitacją i natłokiem pracy o którym wspominałem.

– U mnie? Ogólnie super.

– No oczywiście, przecież u Ciebie zawsze „jest super”…

I tak zacząłem się zastanawiać ile jest prawdy, w tej mojej – już niemal automatycznej – odpowiedzi, że jest naprawdę dobrze.

Doszedłem do wniosku, że… 100%.

Już jakiś czas temu dokonałem jednej zasadniczej zmiany w swoim podejściu do życia. Taki paradigm shift, z „I believe it, when I see it” na „I believe it, so I see it”.

Wiemy, że umysł ludzki widzi dokładnie to co chce zobaczyć. Całe prawo przyciągania opiera się o ten prosty konstrukt.

Jak być szczęśliwym?

To proste. Punkt pierwszy:

Zastanów się czy potrafisz przypomnieć sobie jakieś fatalne niepowodzenia, które w chwili, kiedy następowały były wręcz katastroficzne, a teraz – z perspektywy czasu – w ogóle o nich na codzień nie myślisz. 

Masz? OK, punkt drugi:

Czy te „katastroficzne” podówczas wydarzenia, wypadki, straty, odczuwasz do dzisiaj?

Jeśli tak – to znaczy, że kiepsko poszło Ci odczytanie punktu pierwszego – o nich będzie inny post 🙂

Jeśli nie – to wyobraź sobie skalę tego problemu. Wtedy, i dziś. Masz? Doskonale.

To teraz zastanów się – który z bieżących problemów, mało przyjemnych wydarzeń czy stresujących sytuacji będzie mieć dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie, kiedy będzie rodzić się Twoja córka, kiedy będziesz odbierać złoty medal albo podpisywać zlecenie życia?

Wszystko co ma jakiś negatywny wpływ na nasze życie, to przejściowy, mało istotny problem, bo przecież z o wiele gorszych sytuacji udało Ci się już wyjść bez szwanku. Jeśli wtedy było naprawdę źle, to czy obecna sytuacja – jeśli pozornie może się wydawać rzeczywiście kiepska – to czy zasługuje na dopłenianie jej aż takim stresem, marudzeniem i wątpliwościami co będzie dalej?

A jak ma być? Będzie dobrze, bo skoro nie z takich opresji (jak przed chwilą ustaliliśmy) wszyscy wychodziliśmy cało, to obecna sytuacja wcale nie jest taka beznadziejna.

Ta-daaam

Zbyt naiwne, żeby było prawdziwe? Nie bardzo. Zapytajcie moich przyjaciół, którzy spędzają ze mną naprawdę sporo chwil i widzą, że moje podejście do życia jest naprawdę szczere, spójne i prawdziwe.

Integrity is all that counts.