W przyszły piątek wchodzi do kin nowa komedia z Borysem Szycem w roli głównej. Głównej i praktycznie jedynej, bo żadnemu z pozostałych aktorów nie przypadło za wiele czasu ekranowego. No, może poza Justyną Sieniawską, ale ją przez większość filmu mogliśmy tylko słyszeć.

Najpierw krótkie intro, które opisałem ze wstydem na swoim Google+:

Intro

Przed kinem Atlantic stoi jakiś gość. Wybielone zęby, żel na włosach, hałaśliwy.
Znam go.

Nie mam zielonego pojęcia skąd, ale wiem dwie rzeczy:
1. Znam go
2. Bardzo go nie lubię.

I tak sobie myślę – z liceum? z którejś konferencji?

Wchodzimy, Iga rozmawia z Szycem i Wieczorkowskim o filmie, zajmujemy miejsca, wszyscy na galowo, a ten gość ładuje się najpierw przed ściankę, a potem jako jedyny wchodzi na salę z kartonem popcornu i wielką colą.

WTEM!

Olśnienie. Paweł z Warsaw Shore.

Wstyd mi.

Meritum

Wracając do samego filmu. Przeczytawszy plot,odniosłem wrażenie, że ta fabuła jest mi już skądś znana- że gdzieś to już słyszałem. Nieskończywszy jeszcze czytać, na myśl przyszedł mi ubiegłoroczny Her w którym Theodore, świetnie grany przez Joaquina Phoenixa zakochuje się w Samancie (której głosu użycza Scarlett Johanson)  – nowoczesnym systemie operacyjnym/sztucznej inteligencji, z którą komunikuje się przez maleńką słuchawkę noszoną w uchu.

Niestety, sam bohater i związek człowieka z istotą nie-ludzką, w wersji amerykańskiej jest zdecydowanie bardziej złożony, skomplikowany i prezentuje widzom całą gamę emocji od zakochania przez zaufanie aż po zranienie, niż ma to miejsce w przypadku masturbującego się na niemieckiej autostradzie śluzowego z Państwowych Zakładów Gospodarki Wodnej w Toruniu.

W przypadku polskiej wersji ekranizacji tego pomysłu prezentowane gagi są tendencyjne, przewidywalne i, cóż, dość płytkie. Facet, który nie mogąc nawiązać normalnej relacji z kobietą, nadaje imię każdemu ze swoich przedmiotów i dostaje magicznego GPSa, który zaczyna go terroryzować? Proszę…

Mam nieodparte wrażenie, że Paweł z Warsaw Shore pojawił się na tej premierze nieprzypadkowo, bo to film celujący właśnie w ten rodzaj publiczności.

Nie jest to produkcja tak zła jak Kac Wawa, można obejrzeć, jeśli się nie ma się innej alternatywy dla spędzenia wolnego czasu.