Wiem, wiem – przysłowie mówi o kowalach. „Każdy jest kowalem własnego losu.” Ale ja nie znam się na kowalstwie, a wychowując się w niedużej wsi (mimo, że Wielkiej w nazwie) wiem co to znaczy ściąć drzewo. Może być siekiera, może być moja-twoja, może być piła łańcuchowa – ogarnę. Dlatego w tym tekście każdy jest drwalem własnego losu.

Jeśli drwal, to użyjmy stereotypu i weźmiemy na warsztat to pierwsze narzędzie. Jeśli dobrze się przyjrzeć, to tak naprawdę od takiego stereotypowego drwala możemy się bardzo wiele nauczyć o życiu.

Historia o drwalu

Drwal wstaje rano, ubiera swoją flanelową koszulę, bierze siekierę i zaczyna rąbać drzewo. Zrobi tyle ile tylko może w ciągu dnia, po czym wraca do domu, odkłada siekierę, zdejmuje koszulę i idzie spać. Zwykły dzień, po którym nastąpi kolejny, całkiem podobny. Oczywiście, drwal rozumie jak ważny jest urlop, więc co jakiś czas wyjeżdża na wakacje.

Chodzi jednak o coś innego. Jeśli ten nasz drwal jest sfocusowany na maksymalizacji swojej produktywności, chce zrobić wciągu dnia jak najwięcej, chce móc z czystym sumieniem odhaczyć wszystkie pozycje na liście todo, to od momentu wstania rano, macha swoją siekierą ile sił.

Nie robi specjalnych przerw i pracuje w pocie czoła. Po męsku. W końcu jest drwalem. Drwalem, a nie jakimś hipsterem, co to będzie podziwiał jak ptaszki świergolą po lesie. 

I pracuje tak dzień za dniem. Z czasem praca staje się coraz cięża, zaczyna się zastanawiać  – czy tak szybko się starzeje, że rąbanie nie idzie mu tak dobrze jak kiedyś? A może ta praca nie ma sensu?

Gdyby na tym etapie wybrał się do psychoterapeuty, ten pewnie zdiagnozowałby u niego syndrom wypalenia zawodowego. Bo przecież problem musi leżeć w nim samym. Ma przecież wszystkie atrybuty drwala. Siekiera? Jest. Flanelowa koszula? Jest. Broda? Obowiązkowo.

Otóż nie.

W całej tej zmyślonej historyjce nie koncentrujemy się na tym jednym elemencie, którym drwal wykonuje większość swojej pracy. Na jego siekierze. Jeżeli używa jej codziennie, to zużywa ją codziennie. Stopień zużycia różni się w zależności od tego jakiego gatuku drzewo ścina, czy robi to w deszczu czy w upale. Czasem uderzy pod niewłaściwym kątem, czasem odkładając siekierę uderzy ostrzem w kamień. To są normalne rzeczy. Jak to w życiu.

Niezależnie od tego jak silny jest nasz drwal i ile energii będzie wkładał w każde uderzenie siekierą w drzewo z czasem będzie mu trudniej i trudniej. Bo siekiera będzie coraz bardziej tępa, tak po prostu musi być. Zmęczenie materiału, ot co. Oczywiście różnica między jednym a drugim dniem może być wręcz niedostrzegalna, ale w dłuższej perspektywie z pewnością zacznie rzucać się w oczy.

Jak temu zaradzić?

Ostrzyć. Wygładzać szczerby, szlifować ostrze. Jak często? Tak często jak trzeba. Ale na pewno im rzadziej, tym będzie trudniej – proces będzie bardziej wymagający i będzie wymagał więcej czasu. Im częściej, tym łatwiej. Ale bez przesady, bo nie można przecież ostrzyć po każdym uderzeniu, prawda? Powiedzmy… raz dziennie. Tak. Raz dziennie powinno być w sam raz.

A jak tam Twoja siekiera?

Drwal ma siekierę i nikt nie może mu jej zabrać. To jest główne i podstawowe narzędzie jego pracy. Tak samo jak Twój umysł. Jego też nikt Ci nie zabierze. Pozostaje pytanie o to jak o nią dbasz. OK, możesz powiedzieć, że co jakiś czas wyjeżdżasz na wakacje. Super. Ale jeśli będziesz wyjeżdżać na te wakacje raz na pół roku, to jest dokładnie tak samo, jak ostrzyć siekierę raz na pół roku. A – nie zapominajmy – używasz jej przecież codziennie. Weekendowe czy tygodniowe wakacje mogą nie wystarczyć, aby pozbyć się wszystkich wyszczerbień na ostrzu Twojego umysłu. Nie wystarczą by realnie odpocząć, oderwać się od codzienności.

Ja mam na to swój sposób. Ostrzę swoją umysłową siekierę codziennie. Bez wyjątku.

Medytacja. 10 minut, które są tylko dla mnie*. Moment oderwania się od wszystkiego co mnie otacza. Od rzeczy wywołujących stres i szybsze bicie serca, od codziennych obowiązków, od ciągłego myślenia o najróżniejszych sprawach. Chwila ciszy i absolutnego spokoju.

To nie musi być medytacja. To może być modlitwa. Nie musi być też statyczna – niektórzy doskonale wykorzystują w tym celu bieganie czy inne aktywności sportowe. Dla mnie formą medytacji są wyścigi motocyklowe, kiedy w mojej głowie nie ma absolutnie żadnych myśli poza tym, by dobrze wyjść z zakrętu.

Obserwując ludzi, którzy wypalają się przez ciągły pęd i natłok spraw, odnoszę wrażenie, że zachowują się dokładnie tak jak ten nasz drwal. Używają swoich umysłów codziennie – myślą o wszystkim, oprócz tego, by o nie zadbać. By uwolnić je od nieprzerwanego nurtu myśli.

Medytuję od 2 miesięcy. Codziennie. I nigdy nie odczuwałem takiej zmiany w jakości życia. Nie chodzi o to, że nagle wow, fun-tastic, ekstaza i rzyganie tęczą.  Ta zmiana jest niewielka, ale każda sesja – której poświęcam zaledwie 10 minut(!) –  daje mi… oddech. Dystans. Szerszą perspektywę. Poszerzanie tej prespektywy każdego dnia nawet o 1 stopień sprawia, że po 2 miesiącach naprawdę czuję różnicę. Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział? Czemu miał służyć ten stres i to zmęczenie, które tak często mi towarzyszyło? Może właśnie temu, abym tak dosadnie poczuł tę zmianę i mógł się dzisiaj z Tobą podzielić tymi wrażeniami.

Już raz obiecałem, teraz czynię to po raz kolejny: wkrótce opiszę dokładniej na czym polega moja medytacja i jak Ty również możesz zacząć, korzystając z moich doświadczeń. Zanim to jednak nastąpi, proponuję Ci zrobić jedną rzecz. Weź telefon. Przestaw go w tryb samolotowy i ustaw alarm na za-4-minuty. Usiądź wygodnie w fotelu. Zamknij oczy i zacznij oddychać. Spóbuj o niczym nie myśleć.

I daj znać jak poszło. To w końcu tylko cztery minuty, prawda? 🙂

* – z tym, że medytacja jest „tylko dla mnie„, to trochę nieprawda, ale to jest temat na zupełnie osobną historię, do której na pewno jeszcze wrócimy.